Każdy z nas ma jakieś złe nawyki. Zwykle są one niegroźne i nie powodują większych spustoszeń w naszym życiu. Oczywiście mają je także kierowcy. W tym wypadku jednak nawet wydawałoby się niewinne złe nawyki mogą nieść za sobą daleko idące konsekwencje. Czasami konsekwencje ostateczne. Tak właśnie może być w przypadku, gdy przed wykonaniem manewru skrętu w lewo, koła mamy już wcześniej skręcone w tym właśnie kierunku. To zły nawyk, ale ponieważ ma go także syn mojego ojca, to nikogo nie będę pouczał. Przygrywał kocioł garnkowi.

Opisany nawyk miała także Pani Maria. Zadbana kobieta w średnim wieku, kochający mąż, trójka dzieci. Pani Maria w aucie z najstarszą 19-letnią córką Sylwią czekała na możliwość skrętu w lewo. Przepuszczała auta jadące z naprzeciwka. Koła skręcone w lewo, aby szybciej wykonać manewr. Błąd fatalny w skutkach. Auto Pani Marii zostaje bowiem uderzone w tył przez roztargnionego kierowcę (niestety nie było wydzielonego pasa dla pojazdów skręcających). Ponieważ koła skręcone są w lewo, to siła uderzenie wypycha samochód wprost pod jadącą z naprzeciwka ciężarówkę z kilkoma tonami żwiru na pokładzie. Nie trzeba wielkiej wyobraźni aby znać skutki. Pani Maria ginie na miejscu, jej córka Sylwia jest ciężko ranna.

 

Zadzwoń i dowiedz się ile masz praw i możliwości walki z ubezpieczycielem - 22 390 52 58

 

Sylwia miała w tym wszystkim mnóstwo szczęścia. Jedyną poważną i trwałą dla niej konsekwencją wypadku – pomijając traumę psychiczną, która jest oczywistością –  było uszkodzone biodro, które powodowało, iż Sylwia lekko kulała. Wydawało się, iż ten uszczerbek na zdrowiu nie powinien mieć daleko idących skutków w życiu codziennym. Utykanie Sylwii było ledwie widoczne. Poza tym Sylwia to twardy charakter. Po poddaniu się operacji i kilku latach intensywnych ćwiczeń doprowadziła nogę do takiego porządku, że teraz śmiga na wysokich obcasach niczym się nie przejmując. Niestety uszkodzone biodro oznaczało definitywny koniec kariery zawodniczej Sylwii. Sylwia grała bowiem w piłkę ręczą i to na bardzo wysokim poziomie. Wróżono jej wspaniałą karierę. Miała dziewczyna warunki fizyczne, talent no i serce do tego sportu. Uwielbiała trenować – im więcej potu i łez, tym lepiej. No i teraz to biodro. Całe marzenie Sylwii o karierze zawodniczej, być może kiedyś z orłem na piersi, przysłowiowy szlag trafił. Dla młodej dziewczyny była to prawdziwa katastrofa.     

Sprawa Sylwii trafiła do naszej kancelarii. Oczywiście naszym celem - zresztą jak zwykle – było uzyskanie jak najwyższego odszkodowania od firmy ubezpieczeniowej, w której sprawca wypadku miał polisę OC. Dotyczyło to nie tylko Sylwii, ale również jej ojca oraz dwóch małoletnich braci. Wszystkim im przysługiwało zadośćuczynienie z tytułu traumy, bólu i cierpienia spowodowanego utratą żony i matki. Tutaj sprawa była dosyć jednoznaczna. Firma ubezpieczeniowa zgodziła się wypłacić należne zadośćuczynienie. I to bez większych targów.

W tym miejscu mała dygresja. Opisane wydarzenie miało miejsce wiele lat temu. Od tamtego okresu, tak ustawodawca, jak i firmy ubezpieczeniowe oraz sądy zaczęli znacznie wyraźniej dostrzegać, że ból i cierpienie po stracie w wypadku bliskiej osoby mogą i powinny być należycie zrekompensowane przez pieniądze. Oczywiście żadne tam bilety Narodowego Banku Polskiego nie są w stanie wynagrodzić traumy dzieci po stracie mamy. Ale pytanie retoryczne brzmi – jeżeli nie pieniądze, to co? Dlatego też sumy wypłacane obecnie z tego tytułu są już naprawdę bardzo znaczące i w niektórych przypadkach idą w setki tysięcy złotych. Wydaje się, że istotne znaczenie praktyczne w temacie wysokości odszkodowań po wypadkach drogowych miały duże sumy wypłacone bliskim ofiar dwóch katastrof lotniczych, tj. samolotu CASA w 2008 roku w Mirosławcu pod oraz samolotu TU-154 w 2010 roku w Smoleńsku. Nikt bowiem nie może stwierdzić, iż trauma tych, którzy utracili najbliższą osobę w wypadku samochodowym jest mniejsza niż ta, którą doświadczyli bliscy ofiar wspomnianych katastrof lotniczych. Niestety w czasie opisywanej sprawy żaden sąd w Polsce nie odważyłby się zasądzić takich sum zadośćuczynienia. To ograniczało zasadniczo możliwości negocjacyjne stosownej kwoty dla rodziny Pani Marii. Z perspektywy czasu wiem – nie ukrywam z pewnym smutkiem – że dzisiaj otrzymaliby oni jeszcze większe kwoty od firmy ubezpieczeniowej.

 

Zadzwoń i dowiedz się ile masz praw i możliwości walki z ubezpieczycielem - 22 390 52 58

 

 

W opisywanej sprawie nie obyło się jednak bez procesu sądowego z firmą ubezpieczeniową. Tak jak kwestia wypłacenia zadośćuczynienia bliskim Pani Marii była oczywista, tak już roszczenie samej Sylwii wynikające z jej szkód fizycznych i psychicznych, jako ofiary wypadku, napotkało na opór. Dla firmy ubezpieczeniowej do zaakceptowania bowiem było tylko to, iż należy zrekompensować Sylwii uszczerbek na zdrowiu w postaci kontuzjowanego biodra. Natomiast temat roszczenia z tytułu zrujnowania planów życiowych młodej kobiety i obiecującej zawodniczki tak jakby nie docierał do świadomości decydentów firmy ubezpieczeniowej. W tym też zakresie konieczne było wytoczenia powództwa. Sprawa sądowa trwała jednak bardzo krótko. Firma ubezpieczeniowa szybko uznała przedstawione przez nas argumenty i co ciekawe zgodziła się zapłacić całą żądaną kwotę. Wcale się nie dziwię. Myślę, że mieli pełną świadomość tego, iż opinie biegłych, których zawnioskowaliśmy oraz powołanych przez nas świadków mogłyby doprowadzić po latach trwania procesu do rozszerzenia powództwa i konieczności wypłaty jeszcze większego odszkodowania Sylwii.

Lubię porównania militarne, bo są konkretne, czasami dosadne, no i zawsze działają na wyobraźnię. Tutaj też się przed nimi nie powstrzymam. Czasami o sukcesie decyduje to, aby pokazać wrogiej armii ile mamy samolotów, czołgów i wszelakiego innego wojskowego ustrojstwa. To może skutecznie zniechęcić do walki. W sytuacji sporu z firmą ubezpieczeniową jest podobnie. Istotą rzeczy jest szybko wskazać przeciwnikowi, jaką „siłą ognia” dysponujemy. Ważne jest też, aby pokazać, że jesteśmy gotowi na długą wojnę. Stwierdzenia te nie są niestety moim oryginalnym wkładem w rozwój stosunków międzyludzkich. Już starożytni Rzymianie bowiem wykuli maksymę: „si vis pacem, para bellum” (jeżeli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny). No i od tamtej pory nikt nic mądrzejszego w tym temacie nie wymyślił. Czasami więc wystarczy zastosować się do rad praprzodków.  

 

 

2016-08-09 14:32:13